Jan 13, 2014

............ strona 17.


No cóżJ Pan Kosmo mnie zaintrygował swoim ostatnim wpisem, więc wypowiem się trochę na ten temat.

Przyznaję szczerze, że po tylu latach walczenia z bólem, straciłam już siły. Nie wiem jak to ująć delikatnie. Miałam już za sobą próbę przedawkowania tabletek.. Nikt nigdy mi nie powie, że jak się było po drugiej stronie to nie chce się wrócić, jeżeli ma się taki ból.
To nawet nie można było nazwać bólem, to było jak cięcie piłą na żywo.. I tak trzy razy w tygodniu, albo i nawet codziennie. Tak jak pisałam wcześniej to było wychodzenie z bólu, okres regeneracji i kolejny ból.

Nie tak dawno pamiętam w maju zeszłego roku w niedziele, wzięłam wszystkie tabletki jakie były w domu. Wieczorem zaczęłam już nie płakać, ale wyć. Traciłam przytomność z bólu. Wezwano pogotowie, które od razu zabrało mnie do szpitala. Parę godzin po kroplówkami dochodziłam do siebie, zanim zaczęłam cokolwiek widzieć…. To był jeden z etapów kryzysu jak mówią moi lekarze….

Znowu zaczęły wracać myśli o śmierci, szczególnie, że tak naprawdę to tomografie nie wykazywały kolejnych zmian, oprócz 3 cm ubytku w mózgu i dużej ilości blizn. Ale ja naprawdę miałam już dosyć.

Pamiętam jak powiedziałam mojej przyjaciółce, że ja naprawdę jak to się nie skończy, to skończę ze sobą. Ona zadziała na moje słowa. Wiedziała, że nie żartuje. Powiedziałam mi, że słuchała kiedyś gościa, który m.in. prowadzi przekazy energetyczne. Może niech spróbuję. I to właśnie dzięki niej zaczynam znowu marzyć. Ale to nie było takie proste jak się wszystkim wydaje…

Pierwsze kontakty z Panem Kosmo były rozmową, zanim zaczęłam otrzymywać przekazy energetyczne. To było wrażenie ciepła od serdecznego człowieka. Przekonywałam się powoli do Pana Kosmo. Kiedyś opiszę jakie to było wrażenie, teraz chce się skupić na bólu.

Najpierw dokładanie drugiego listopada odstawiłam tabletki antydepresyjne dokładnie SAROTEN (nie wiem czy taki lek istnieje w Polsce, ja zaczęłam go brać mieszkając już zagranicą). Pamiętam, że po odstawieniu miałam ból żołądka, a pewnego wieczoru zwymiotowałam to nagromadzone świństwo. Potem miał być kolejny krok odstawienie tabletek przeciwbólowych…..
Pierwszy ból przyszedł po tygodniu, ale poradziliśmy sobie z nim. To był pierwszy raz bez brania tabletki. Z kolejnymi bólami też dawaliśmy sobie radę. Czułam, że zaczynam funkcjonować. Nie wiedziałam, że ataki mają dopiero nadejść. Ból zrobił się cwany.  25.11 bolało przez cały dzień, ale radziliśmy sobie z nim, jednak był on jakiś dziwny. W nocy około 3:30 wybuchło. Obudziłam się i nie mogłam nawet się ruszyć. Chyba zaczęłam jęczeć bo to nawet nie można nazwać krzykiem. Obudził się mój mąż, podał mi tabletki, których nie miałam brać. Jednak nie byłam w stanie nawet pomyśleć, że nie powinnam tak działać.
Po tym fakcie pomyślałam, że teraz to luz. Przeszłam załamanie, ale już zacznę wychodzić na prostą.
Pudło……..
Kolejne dni były z delikatnym bólem. Zaczęłam trochę bać się nocy. No i stało się 29.11 około 3:16 czyli prawie w tym samym czasie co poprzednio. WYBUCH……. Kolejne wycie i kolejny dawka tabletek z ręki męża…
Oczywiście wszystko relacjonowałam Panu Kosmo. On mnie cały czas wspomagał. Jednak widziałam, że coś jest nie tak. Że ten ból powinien znikać, a on mnie zaskakuje w nocy. Zaczęłam się zastanawiać. Jak to? Skoro nic nie wykryli, albo nie widzą, że coś jest, to powinnam go wyeliminować, a on przychodzi…….
Później poczekał pól miesiąca i znowu przyszedł w nocy i znowu nie dałam rady nic zrobić tylko połknąć tabletki. Następnie dwa dni potem kolejny atak i kolejna niemoc.
Od tego czasu powiedziałam koniec. Pan Kosmo wzmacniał mnie codziennie przekazem, a ja się uparłam, że dam radę i UWAGA……………
Najpierw znowu zaczął atakować delikatnie ale atak przyszedł w nocy z 27 na 28 grudnia, nie spałam cała noc, ale nie wzięłam nic i dałam radę. Ból był mocny, etap widzenia zamglony, pamiętam, że przewracałam się w łóżku i miałam mokry kark z potu. Ból był tak otumiający, taki wredny, ale nie wzięłam nic……………. Jakbym rozdawała medale to dałabym sobie jeden JKolejny przyszedł 2 stycznia. Był wkurzający, męczący, całodzienny. Pamiętam byłam w pracy i od razu wszyscy się mnie pytali co się dzieje. Byłam „nieprzytomna” cały dzień, dopiero puściło wieczorem, jednak nic nie wzięłam. Walczyliśmy wtedy obydwoje z Panem Kosmo.
Od tego czasu cisza…………

Jan 11, 2014

Tekst chwili.......................... strona 16.


  Teraz dokonam skoku w dzisiejsze dni. Chociaż godzina jest bardzo późna. Musimy to uczynić dla oddania chwil, która może uciec, spłaszczyć się za kilka miesięcy, tygodni.  Kiedy dobrniemy z opisami naszych przeżyć będzie inaczej.  
  Tekst jest jak emocje. Moja potrzeba napisania tych paru słów oddaje emocje.
Bioterapia jest wyzwaniem. Wkraczając w ten świat muszę się liczyć z irracjonalnymi chwilami, ich nie sposób przewidzieć, a tym bardziej kontrolować. 

  Każda terapia jest improwizacją umysłu, a przemyślanym działaniem duszy. Wiem dziwnie brzmi, ale tak jest. To podszepty ciała i duszy nas prowadzą. Musze docierać do najgłębszych pokładów naszego nieprawdopodobnego świata.
  Jak tego dokonać?    
        Trzy sposoby. Rozum racjonalisty, doświadczenie i coś, czego nie sposób nazwać.
Intuicja.                   
 Dar Seca.            
  Dar od natury.           
   Podświadomość.        
    Nieznana energia.
  Każda z tych nazw jest nie adekwatna do tego, co dokonujemy. To po prostu działa tak potężnie jak wierzymy. Wierzę Ja, bioenergoterapeuta i osoba, która wkracza w ten wymiar razem ze mną. Muszę każdego nauczyć wiary.
  Wykonanie terapii bioterapeutycznej i pozostawienie jej sobie samej jest tylko chwilą, niepełnym przekazem. Bywają cuda. Często się zdarza, że ktoś tak pozostawiony sam, z powrotem wraca do bolesnego stanu, po tygodniach, miesiącach, latach. Przez ten okres zostaje tylko z wiarą w cud i trwa w zdrowiu na zawsze, lub powoli traci wiarę. Wiara potrafi powszednieć i słabnąć. Następuje powrót do choroby. Moje zadanie nie kończy się po pierwszych przekazach energetycznych. Rozpoczyna się drugi etap. Nauka ugruntowania, nauczenia, kontrolowania ciała i duszy. Podobnie postępuje adept jogi. Rozpoczyna żmudną pracę rozciągania ciała. Ćwiczenia układów ciała. To nie jest proces dni, tygodni.                             
  Każdy z nas ma określoną zdolność przyswajania sobie wiedzy i sprężystości dusz i ciała. Pilność i sumienność jest czynnikiem decydującym. Pojętny nauczyciel i uczeń czyni cuda. W tym przypadku cud się dokonał w niecałe trzy miesiące.
  Kilka dni temu usłyszałem najpiękniejsze słowa od Pani Kasi. Wie Pan moje własne przekazy, skupienia dają lepsze efekty. Czuję, że szybciutko działam. Szybciej od Pana. Kontroluję całkowicie ból. Bólu nie ma, tylko wrażenie jakby miał być.
  Mili Państwo tak wygląda pełny zabieg bioenergoterapeutyczny. Doprowadzam osobę do chwili, kiedy czuje, że jest lepsza od Ezoteryka Kosmy.  To moment mojego zwycięstwa, tła, pozostania w cieniu, na wszelki wypadek. Cała dusza i bóle ciała od tego dnia są w rękach Pani Kasi.

  Tak jak pisałem dwa dni temu, stoczyliśmy okrutny bój z bólem głowy. Ostateczny. Musimy uwiecznić te chwilę. Za kilka dni tygodni ta chwila odejdzie w siną dal. Emocje opadną. Tekst opisujący ostatnie godziny będzie płaski i bez wyrazistych uczuć. Wiem może jest to nachalne w stosunku do Pani Kasi, ale mam głębokie przeświadczenie, że stosowne. Pisząc tutaj, zaskoczę Panią tym słowem, prośbą.
  Proszę opisać swoje odczucia, myśli z ostatnich chwil …………. . Musimy je przekazać, jeżeli to, co tu piszemy ma być przepojone duszą, odruchem radości Mojej i Pani.

                                                          Tylko tyle i aż tyle E.K.  11.01.2014, późno w nocy.

Jan 10, 2014

Szpital................. strona 15.



Przewieźli mnie w nocy. Najlepszy szpital .................
No cóż miałam to szczęście… Pytanie czy to było szczęście. Kiedyś przeczytałam słowa znanego neurologa, który wypowiadał się, że po urazach głowy nie powinno się ratować 
ludzi, bo to dla nich męczarnia już do końca życia… Coś w tym jest..

  To był etap otępienia, życie z bólem, nie pomyślałam jak mnie odnajdzie rodzina na innym oddziale. Po dwóch dniach poprosiłam pacjentkę obok o lusterko. Nie świadoma mojego stanu, spełniła moją prośbę bez wahania. Moja twarz była inna, …….., oderwana od mojego dawnego świata. Oprócz bólu doszedł jeszcze płacz. Po południu przyjechała moja rodzina, jak co dzień. Codzienne wizyty były dla nich chlebem powszednim, dla mnie pustką.  
Pustką było wszystko. Moja mama jak mnie zobaczyła zapytała, co się stało. Sąsiadka 
od razu jej opowiedziała o swojej lekkomyślności. 
  Mama wyciągnęła lusterko i powiedziała Kasiu zobacz, to nie jest takie straszne, 
to zniknie z czasem. Dla mnie brzmiało to jakby mówić do potwora. Moja lewa część twarzy 
nie była normalna. Kiedy odzyska dawny swój wygląd?
 Nigdy nie zobaczyłam dawnej Siebie. Mój nerw przestał żyć, a blizny zrobiły swoje. Powiedziałem sobie, tam gdzieś głęboko, w zakamarkach duszy, nigdy już więcej nie 
spojrzę w lustra. 
  Spojrzałam dopiero w domu. Wykrzyczałam, … pieprze to jak wyglądam, ważne, że widzę.  
To samo powinnam chyba powiedzieć bólowi głowy, że go pieprze… ale tak się niestety nie stało, on pokazał co potrafi.

Kolejne szpitalne dni były męczarnią. Nie chciało mi się jeść. To podobno normalne
po okresie na sondzie. Mój naruszony mózg pozwolił mi znaleźć wymówkę. Pielęgniarkom mówiłam, że mama mi przynosi jedzenie, a mamie, że jadłam szpitalne. Po  dwóch dniach okazało się, że nie ma ze mną kontaktu. Moja najukochańsza mama jak tylko mnie 
zobaczyła i mój brak reakcji, a także niemożliwość utrzymania nawet podniesionej ręki pobiegła do lekarza. Okazało się, że moje ciśnienie spadło do 40/60 i spokojnie sobie……. odchodzę, tylko nie wiem gdzie skoro nie mogłam się ruszać z łóżka… :) Kroplóweczka i powrót do rzeczywistości. A potem codzienna kontrola.

Wpadek, ze mną na oddziale było kilka. Nie są one jednak przyjemne i jakby to powiedzieć, zostawmy to sprawę przeszłości… Ona musiała się rozgrzeszyć z tym, co się stało. 
I chyba ja rozgrzeszam się z nią do końca, dzisiaj :)

  I tak po miesiącu leżakowania i po przeprowadzce na trzecią sale oddziału, zdecydowano, 
że zrobią mi drugą tomografię i możeeeeee pozwolą stanąć na nogi. 
  Przewieźli mnie do innego szpitala. Jak to w polskich placówkach służby zdrowia, nie wszystko jest w jednym miejscu. Dobrze, że ja byłam prawie w całości…. fizycznie tak jakby, psychicznie w częściach. Zdecydowano, po analizie, że stan obecny pozwala na rozpoczęcie rehabilitacji, czyli poruszenia zanikających mięśni. Fakt ten spadł z nieba, tylko dzięki staraniom mojego brata, który odebrał wyniki tomografii i zawiózł je do ordynatora.

  Nadszedł poniedziałek, w czwartek przypadał dzień 24 grudnia. Przyszła rehabilitantka. Postawiła mnie na nogi doprowadziła do drzwi i z powrotem i powiedziała, że na dzisiaj koniec.  Miałam wyjść na przepustkę na wigilię tylko jak nauczę się chodzić. Nie przypuszczałam, że to takie trudne. Chodzenie traktujemy, jako normalny ruch, tak jest i tak 
ma być zawsze. Proste staje się niemożliwe. Każdy krok jest nie naszą własnością. Po tych paru krokach, rehabilitantka poinformowała mnie, że przyjdzie jutro. Niestety już nigdy jej nie zobaczyłam.
   No cóż… Moja upartość, która nie straciła na swojej wartości orzekła jednoznacznie mojej rodzinie, że jeżeli nie wyjdę na wigilię nie chcę ich widzieć tutaj w okresie świąt. Znają mnie dobrze wiedzieli, że jak mówię, to mówię:)
Drugą stroną mojej upartości było wstawanie z łóżka przy pomocy uczynnych osoby i próba chodu. To tak jakby mówić do żółwia biegnij…. Pamiętam jeden moment jak przyjechała 
moja mama z tatą i powiedziałam do taty pomóż mi wstać i pospacerujmy razem, na co moja mama, ale lekarz mówił, że dwa kroki do przodu i dwa do tyłu codziennie i koniec. Na co ja odpowiedziałam, że jak tak to chyba wyjdę, ale na wigilię w przyszłym roku. Na szczęście miałam wsparcie mojej upartości w słowach Taty.
 Jego już nie ma wśród nas, ale pamiętam doskonale jego zdane: „Ania daj spokój, jak chce
 to niech chodzi”. Wiem, po kim mam taką niezależność :)

  Do dnia wigilii nie wiedziałam czy mnie wypuszczą. Sama myślałam, może się puszczę 
z okna.
Rano była wizytacja lekarzy. Ordynator zadał gruntowne pytanie: Chodzisz? Chodzę. 
Do tego poinformowałam go, że kazałam wyciągnąć sobie dreny z tętnicy, bo od 3 dni 
nie biorę nic przeciwbólowego. Ból był. Ja już chyba miałam dosyć szpitala i na siłę chciałam go opuścić. Odpowiedz nie padła. Odeszli jak przyszli … Zrezygnowana wyruszyłam w długą drogę do toalety. Droga w jedną stronę zajęła mi 15 minut. Ściana stała się moim sprzymierzeńcem i przyjacielem. Była moją podporą. Wracając zobaczyłam, że nie mam 
swojej karty oddziałowej. Moje kochane współlokatorki „babcie” poinformowały mnie, 
możliwe, iż dostałam przepustkę. Niestety musiałam sama się zmierzyć z krokami, żadna 
z „babć” nie była na chodzie. Wyprawa do recepcji zajęła mi kolejne pół godziny. 
Po uzyskaniu cudownej informacji, mam wrócić po świętach „pobiegłam” po żetony do automatu telefonicznego – etap komórek dopiero się rozwijał J. Miałam tylko jedną myśl, wykonać cudowny telefon do mojej mamy, mają po mnie przyjechać. Żółwiowe kroki zamieniły wykonanie tych czynności w długą godzinę.
 Godzina 13:00. Przyjechali.
Pierwszy raz od  ………, dawna mogłam się ubrać. Nie mogłam uwierzyć, że schudłam, dopiero jak mama ubrała mi spodnie (sama nie byłam w stanie), które spadły mi do połowy kolan, zrozumiałam, że muszę naprawdę źle wyglądać.

  Wychodząc ze szpitala powiedziałam na głos, ja tutaj nie wrócę. Okazało się to niestety 
bujdą. 
Wróciłam za trzy miesiące na operację. Pogotowie stało się moim przyjacielem, a wizyty 
u specjalistów codziennością.

  A teraz coś, co wryło się w mojej pamięci i zostanie pewnie do końca moich dni. Przy moim szczęściu do „zakrętów” na drodze nie wiem ile to jeszcze potrwa.
Brat wprowadził mnie do domu. Zaczęłam dotykać ścian, płakać i dziękować Bogu, że żyję, chodzę, mówię, coś tam pamiętam i widzę. Nie przypuszczałam w tych chwilach, że jeszcze będę złorzeczyć, przeklinać siłę, czemu przeżyłam, ale to miało nastąpić potem……. W tym dniu przepłakałam całą kolację.

  Wróciłam tylko po świętach na kontrolę i dostałam wymarzony wypis ze szpitala, po zatwierdzeniu przez mojego brata, że zorganizuje dla mnie rehabilitacje, trzymiesięczne nauki chodzenia. 
  Powrót do dzieciństwa, niekoniecznie……………………………

C D N                                          



Jan 9, 2014

Dar choroby................... strona 14.


Jak zrozumieć chorobę?
Jak zrozumieć ból głowy?
Jak zrozumieć naszą destrukcję, kryzysy zdrowotne?
Jak zdrowy organizm powinien funkcjonować?

W tych pytaniach jest klucz do zdrowia ciała. Łatwej odpowiedzi nie dostaniemy, 
to trzeba poczuć i dokonać przeskoku mentalnego. Wprowadzić inny rytm organizmu.
Zamienić chorobę na zdrowie.  Słowo zamienić nie jest adekwatne do wykonanego
procesu transformacji.  Musimy zrozumieć, po co jest ból. 
                        Czy zawsze jest sygnałem obronnym?                                                                                Ból można zmniejszać, albo ZAMIENIĆ na czucie intuicyjne wszelkich zagrożeń. 

Poniżej zamieszczam link do nagrania. Uważnie słuchając zrozumiemy istotę powrotu 
do zdrowia. Dokładniej zrozumiemy przesłanie BLOGONOWELI.

                                                      http://ntv.waw.pl/?p=2263

Krótkie sentencje z nagrania - 
                     „kryzys jest przeskokiem nad przepaścią, to od nas zależy jakiego skoku                                                                                                                                                  dokonamy”,                                                     „choroba jest destrukcją, po której może nastąpić oświecenie”.
Zadaniem bioenergoterapeuty jest pokazanie drogi do innego wymiaru, sprawienie ……………………...

                                                                                                                                                        Ezoteryk Kosma




Jan 8, 2014

Usprawiedliwienie...strona 13



Blognowela i nasze zmagania.

 Są takie chwile w naszym życiu, kiedy nie można przyspieszyć slowa. Mimo, że chcemy napisać kilka zdan, które będą historia cierpienia.
 Nagle rośnie niewidoczna ściana, staje się wymiarem nie do przebycia.
 Zatrzymują sie codzienne slowa, myśli, emocje i wspomnienia.
 To codzienność, zmaganie ostatnich tygodni, walka z bólem głowy. Bitwa dwojga ludzi, którzy piszą tutaj słowa blogowej opowiesci.
 Walka, która jest wygraną bitwą
 Zwycięstwem nad bólem głowy.

Rok 2014 pokazuje spokojne oblicze wygranej.
               
                    Ezoteryk Kosma


Dec 18, 2013

Intesywna terapia................. Strona 12


   Intensywna terapia była zapadaniem w sen, budzeniem się, widzeniem kolejnych pojedynczych twarzy i dzwoneczkiem….

   Dzwoneczek to było coś bardzo ważnego w pobycie tam, a mianowicie jak mi ściągnęli cewnik, dostałam dzwoneczek, który miał służyć przywołaniem Pani pielęgniarki w momencie mojego parcia na pęcherz……… Pamiętam jeden moment jak dzwoniłam, pielęgniarki przechadzały się po korytarzu, ja bezgłosowo starałam się wołać: SIKU, ale nikt mnie nie słyszał… jak na obrazie Edvard Munch – Niemy krzyk. Będzie on mi towarzyszył przez kilkanaście lat.             Przyzwyczaję się do niego, jednak zdarzą się momenty, że będę z nim walczyć………



  Była także etapem bez myśli, bez uczuć, totalnym zobojętnieniem. Jak bolało za mocno to był kolejny wcisk w kroplówkę.

  Pamiętam, że w tym pokoju był biały sufit… Patrzyłam się w niego. Brak możliwości ruchu, brak siły, powodował, że był to mój stały punkt w momentach przebudzenia. Potem jeszcze bardzo długo wpatrywałam się w niego… Były to już inne pomieszczenia. On stał się takim moim antidotum na tą pustkę zaczynającą się rodzić w momencie powrotu na ten świat……….

                                                                                          CDN ..........

Dec 16, 2013

Listopad 1999 roku....................... Strona 11

Historia się zaczyna…... Listopad 1999 roku…………
Właśnie wróciłam z pracy… Następnego dnia miał być dla mnie bardzo interesujący dzień, ukochane zajęcia z matematyki z rektorem na Akademii Ekonomicznej... Nie przypuszczałam nawet, że na nie nigdy nie dotrę w tym terminie… Teraz to wydaje się przeszłością, taką odległą. Nie pomyślałam, że ten dzień utkwi w mojej pamięci do końca mojego życia. Podobno mam rozbudowana intuicję, ale widocznie nie zawsze potrafię odczytywać znaki…

 Zbliżał się wieczór. Zadzwonił telefon, to był Andrzej, zaproponował spędzenie go razem. 

W sumie to zebrało się jeszcze kilku znajomych i wybraliśmy się najpierw potańczyć. Pamiętam słowa mojej mamy: Proszę, nie jedz. Jesteś zmęczona, jutro masz zajęcia. Odpowiedziałam tak jak zawsze, mamo jestem młoda, kiedy się będę bawić jak nie teraz. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że ten dzień zmieni moje życie o 180 stopni, to chyba zaśmiałabym się mu w twarz. Nie wiedziałam, jednak, że życie miało napisany inny scenariusz dla mnie… Czasem chyba lepiej nic nie zakładać…

Najpierw pojechaliśmy potańczyć. Okazało się na miejscu, że są jeszcze inni znajomi. Byliśmy w świetnych humorach, opowieści, tańce i czas uciekał szybko jak zawsze. W końcu zapadła decyzja, że jest już druga w nocy i trzeba wracać. Zajęta rozmową z kolegą, nie za bardzo miałam ochotę na powrót. Ostatecznie postanowiłam, ze wrócę z innymi znajomymi. W życiu podobno nic się nie dzieje bez przyczyny, ciągle dokonuje się wyborów. Podobno są zawsze dwie drogi, czasem więcej. Puste słowa…, jednak przekonałam się, że to nie tylko słowa. Ostatni moment, jaki utkwił mi w pamięci to było wsiadanie do samochodu…



A teraz kończy się beztroskość, kończy się też czas, a zaczyna odmierzać inny…



Powoli otworzyłam oczy i pierwsza moja myśl, jako zaświtała w mojej głowie: Boziu, dlaczego tak mnie wszystko boli. Zobaczyłam moja mamę w białym fartuchu. Jej głos był taki smutny, gdzieś w oddali słyszałam Kasi, Kasiu słyszysz mnie.



Moje ciało jednak nie pozwalało pracować mojemu umysłowi. Ten przeogromny ból, niepozwalający na żaden ruch i jedyna myśl w głowie, no przecież muszę wstać, dzisiaj są te zajęcia z matematyki. Musze iść, wszyscy mówią, że trudno zaliczyć ten przedmiot.

Chciałam odpowiedzieć, ale nie słyszałam swojego głosu, tylko jakieś pojedyncze litery.

I nagle dotarło do mnie, że słyszę moją mamę, która mówi, że jest tydzień później, miałam wypadek samochodowy i jestem w szpitalu na intensywnej terapii. Trzy dni byłam nieprzytomna, a następne cztery dni w śpiączce farmakologicznej.  Nie mówię, bo byłam intubowana. Jednak mama jak to mama, jako jedyna rozumiała, o co pytam. Wszystko jednak było taki zamglone, te słowa, które słyszałam, były takie odległe. Nagle zdałam sobie sprawę, wypadek, jaki wypadek i dlaczego ja nie czuję nóg. Mamo proszę powiedź mi czy ja mam nogi. Tak Kasiu masz. Dotknij ich, dlaczego ja nie czuję Twojego dotyku. Mamo… i zapadłam w sen………

C. D. N.

Dec 15, 2013

Magia pokoju - email..................... Strona 10.

                                                                                   
( październik 2013)


  Wieczorny zmierzch. Pokój spowity cieniami świateł ostatnich chwil codziennego dnia. Cichy delikatny szum spokoju. Półmrok wypełnia zapach kadzideł zmieszanych z odgłosem powolnego tykania zegara.              

  Z cienia pokoju wyłania się kształt dwóch okrągłych stolików. Spokój, oddech martwej ciszy. 
Trzy punktowe światła rzucają jedwabistą poświatę, rozjaśniając granat ciemnych powierzchni stołów. Świecące cienie tańczą niczym energetyczne iskry, oświetlając delikatnym blaskiem ciemno- czarne przedmioty, do których ktoś przytwierdził metaliczne kształty.  Okrągłe, podłużne, ostro pocięte rowkami, oprawione światłem migającej świecy.

  Monotonne stukanie klawiszy. Rytm uderzeń, przerywany głuchą ciszą. 
Ostre kontury sylwetki zawieszonej nieruchomo nad podłużną klawiaturą zdradzają zamyślenie. Chwila ciszy i znowu słychać rytm wystukiwanych liter. Ręka wędruje po tajemnicze kartoniki.  Szelest tasowanych kart. Wirują w rękach niczym cyrkowi magicy, oświetleni magią świateł i zapachu kadzidła.
W prawym rogu blask świecy, syczy i wydaje monotonny szum ostrego płomienia. Kadzidło strugą cienkiego dymu rozcina przestrzeń na dwie płaszczyzny; rozdaje zapach lawendy mieszającej się z wonią pomarańczy.  Czuć dwa wymiary: magiczny i realny.

  Monotonny szelest zegara przypomina o przemijaniu. Ręka sięga po miedziany, mały przedmiot, który zaczyna wirować niczym wahadło. Słychać pytania, szepty.  Trwa rozmowa z niewidocznym światem magii.
   I znowu dotyk klawiatury. Zastygła postać, zapatrzona w płaską prostokątną płaszczyznę zewnętrznego świata, zamyślona w cichym bezruchu.
  Poruszenie - powietrze zaczyna wibrować powiewem myśli.
Pojawia się e-mail. Chwila zamyślenia i nagle na twarzy gości ciepły uśmiech.

                                                                                                                          E.K.